Dziś zobaczyłem na żywo, po co mi ta zmiana.

Myślę, że jeszcze kilka lat temu podchodziłem do życia zgoła inaczej. Pracowałem bez końca*. Na rezydenturze w Bydgoszczy przekraczałem miesięcznie 300 godzin, a w Płońsku – po wygraniu konkursu na dyrektora ds. medycznych tamtejszego szpitala – zdarzało się pracować powyżej 400 godzin miesięcznie. W głowie miałem myśl: „przecież większość lekarzy tak robi”. Ba – jako dyrektor ds. medycznych podpisywałem faktury VAT wystawiane przez lekarzy, którzy rzeczywiście tyle pracowali. To była rutyna. 

Jednocześnie czegoś mi brakowało. Julka – moja starsza córka – nie miała de facto ojca, bo nawet połowę miesiąca spędzałem w szpitalu. A gdy akurat nie dyżurowałem, to wracałem po poradni na tyle późno, że ona najczęściej spała. Tłumaczyłem to sobie tym, że przecież każdy w tym zawodzie tak robi. Pierwsze całkowicie wolne święta (Wielkanoc i Boże Narodzenie) miałem dopiero niedawno – w grudniu 2025 roku. 

Później na świat przyszła Róża. We wrześniu 2023 roku. I to był mocny sygnał, że tak nie można żyć. Pracując tak intensywnie ignorowałem zdrowe żywienie, całkowicie zrezygnowałem z aktywności fizycznej i przytyłem 25 kilogramów (co notabene doprowadziło antyszczepionkowców do ekstazy – mogli robić ze mną memy). Niby pracujesz bardzo dużo, pomagasz komu się da (publiczny system), a jednocześnie podążasz ku własnej zagładzie. Coś jak otyły lekarz pouczający o konsekwencjach otyłości albo palący medyk straszący innych palaczy rakiem płuc. 

Powoli – bo przecież nie od razu Kraków zbudowano – zacząłem to zmieniać. Najpierw ograniczenie wymiaru czasu pracy: od początku 2025 roku przeszedłem do pracy w poradni reumatologicznej (bez łączenia jej z oddziałem). Rok 2026 jest pierwszym, w którym nie chcę wziąć ani jednego dyżuru medycznego. Dzięki temu zacząłem spędzać znacznie więcej czasu z rodziną, jeść regularnie i lepiej, wróciłem do aktywności fizycznej i odrobiłem już około 15 kilogramów, zbliżając się do „zdrowej formy”. 

Ten przydługi wstęp powstał dlatego, że dzisiaj doświadczyłem czegoś, czego na pewno bym nie poznał, realizując ramowy plan mojego dotychczasowego życia. 

Julka chodzi do drugiej klasy szkoły podstawowej i wczoraj jej nauczycielka zasygnalizowała przygotowywanie projektów – plakatów o wynalazkach. Dzieci połączyły się w grupy, a Julka trafiła do grupy nr 5, której zadaniem jest przygotowanie plakatów dotyczących wynalazków do zabawy i nauki (telewizor, konsola do gier, druk i mikroskop). Ośmiolatki zdecydowały się nie próżnować i już wczoraj umówiły się – oczywiście bez informowania rodziców – że swoją pracę zrobią dzisiaj w naszym mieszkaniu. Projekt oddają dopiero 2 marca. 

Twierdzę, że mało jest piękniejszych momentów niż ten, kiedy – tworząc osobistego agenta AI – słyszę śmiech i radość pięciu dziewczynek pracujących nad szkolnym projektem. Czego nigdy bym nie doświadczył, gdybym w dalszym ciągu poświęcał swoje życie systemowi. Priorytety. To jest coś, czego każdy z nas potrzebuje. I ich hierarchizacja. 

Dobrych Walentynek! 

bfiałek

*Takie poświęcenie rozumiem obecnie tylko w jednym przypadku – czasowego budowania własnego biznesu, który (szczególnie na początku) wymaga ogromu zaangażowania. Poświęcanie życia, pracując bez granic dla kogoś, bywa bezcelowe i niebezpieczne – i dla życia rodzinnego, i dla zdrowia psychicznego.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *